Strona główna » Wiadomości » Analizy i komentarze » Prof. Zajadło: nie ulegajmy propagandzie „imposybilizmu prawnego”

Prof. Zajadło: nie ulegajmy propagandzie „imposybilizmu prawnego”

10.04.17

Propagandowa niedookreśloność pojęcia „imposybilizm prawny” i związana z nią instrumentalizacja prawa oraz prawoznawstwa rodzą takie zagrożenia jak niekontrolowany pejoratywny sens upolitycznienia prawa - pisze prof. Jerzy Zajadło z Uniwersysteu Gdańskiego.

articleImage: Prof. Zajadło: nie ulegajmy propagandzie „imposybilizmu prawnego” fot. Thinkstock
JERZY ZAJADŁO

Pojęcie „imposybilizm prawny” a polityczność prawa i prawoznawstwa


Artykuł pochodzi z miesięcznika Państwo i Prawo 2017/3>>

W polskim języku polityczno-prawnym pojęcie „imposybilizm prawny” pojawiło się za pierwszych rządów „Prawa i Sprawiedliwości” (PiS) na przełomie 2005 i 2006 r. Za jego autora uchodzi wprawdzie M. Jurek, ale upowszechnił je głównie prezes PiS J. Kaczyński. Z jego też nazwiskiem było ono od samego początku i jest do dzisiaj kojarzone[1]. 

Pojęcie to występuje głównie w języku publicystyki politycznej o charakterze propagandowym i według stanu mojej wiedzy nie zostało dotychczas poddane wnikliwej analizie naukowej na gruncie współczesnej teorii i filozofii prawa. W zamierzeniu autorów nadano mu pierwotnie sens zdecydowanie pejoratywny – synonimu krępującego i nieracjonalnego formalizmu prawnego, który rzekomo uniemożliwia przyjęcie określonych oraz pożądanych społecznie regulacji i jest hamulcem postępu. To odwołanie do formalizmu prawnego było raczej intuicyjne i nie miało głębszego uzasadnienia ani teoretycznoprawnego, ani filozoficznoprawnego, a przynajmniej nie w takim krytycznym sensie, w jakim występuje we współczesnej literaturze naukowej[2].
 

W tej zbitce pojęciowej akcent położony został zdecydowanie na pierwszy człon, ponieważ znaczenie drugiego, „prawny” w rozumieniu prawa pozytywnego, nie budziło specjalnych wątpliwości. „Imposybilizm” oznaczał więc jakąś wyimaginowaną „niemożność”, „niezdolność”, „nieumiejętność” zmiany stanu prawnego wynikającą albo z braku prawniczych kompetencji, albo z motywowanej politycznie złej woli. Nie do końca wiadomo, co i kogo twórcy omawianego pojęcia obciążali odpowiedzialnością za taki stan rzeczy. Mogło to być bowiem zarówno samo prawo i jego wewnętrzne (a ich zdaniem nieuzasadnione) ograniczenia, mogli to też być posługujący się nim prawnicy ze swoim rzekomo skostniałym podejściem do dynamicznie rozwijającej się rzeczywistości. Tak czy inaczej, „imposybilizm prawny” jest w sensie semantycznym pewnym populistycznie atrakcyjnym neologizmem językowym, stworzonym na propagandowe potrzeby określonego modelu tworzenia i zmiany porządku prawnego. Trudno bowiem w słownikach języka polskiego lub nawet wyrazów obcych odnaleźć zarówno słowo „imposybilizm” in genere, jak i „imposybilizm prawny” in specie[3].
 

W domyśle pozytywnym zaprzeczeniem „imposybilizmu prawnego”, chociaż takiego zwrotu raczej się unika, ma być, jak można sądzić, „omnipotencja prawna” ustawodawcy. Ergo, można wszystko, trzeba tylko chcieć i umieć. To „chcieć” i „umieć” dotyczy, w zamyśle autorów pojęcia, nie tylko proceduralnych kwestii formalno-prawnych, które można instrumentalnie przezwyciężyć, lecz także treściowej zawartości tak pojętej zmiany ustawodawczej w sensie materialno-prawnym, którą można kreatywnie i dowolnie kształtować.
 

Powtórzenie tego zabiegu po ponownym dojściu PiS do władzy w 2015 r. spowodowało dalszą eskalację znaczenia i zakresu krytyki rzekomego „imposybilizmu prawnego”. Okazało się bowiem, że można i powinno się go przezwyciężyć także na poziomie konstytucyjnym, co w pierwotnej wersji w latach 2005–2007 jeszcze wyraźnie nie występowało i trudno odnaleźć także jakieś jego praktyczne i jednoznaczne ślady w projekcie konstytucji tej partii z 2010 r[4]. Więcej nawet, pojęcie to nie występowało jeszcze w takim stopniu, głównie ze względów taktycznych, w programie PiS z 2014 r. i w hasłach kampanii wyborczej w 2015 r. Przeciwnie, w dokumencie „Program Prawa i Sprawiedliwości 2014” przewidywano raczej racjonalne ograniczenie nadmiernego prawotwórstwa, stanowiąc, że: „Trzeci cel to wyeliminowanie nazbyt częstych i pospiesznie wprowadzanych zmian w obowiązujących ustawach. Tworzenie prawa nie może być ekspresowym, interwencyjnym reagowaniem na bieżące zdarzenia. Nie może dochodzić do znanych z ostatnich lat sytuacji, gdy nowelizacja goni nowelizację albo nakłada się w czasie na parlamentarny proces uchwalania nowej ustawy dotyczącej tej samej materii”[5].
 

Zwycięskie wybory przełożyły się w praktyce na dążenie i zdolność do pozakonstytucyjnej zmiany ustroju. Abstrahuje się bowiem nie tylko od przewidzianej w konstytucji formalnej procedury jej zmiany, lecz także, a może przede wszystkim, od jej podstawowych zasad o charakterze materialno-prawnym. Ponieważ główną przeszkodą na froncie walki z „imposybilizmem prawnym” mógł się okazać Trybunał Konstytucyjny, przystąpiono do stopniowego funkcjonalnego paraliżu tego organu, a z czasem do całkowitej zmiany jego charakteru w ramach trójpodziału władzy. Szczegółowa analiza wszystkich projektów i ostatecznych rozwiązań kolejnych ustaw o TK wykracza jednak poza zakres tego opracowania. Wystarczy jedynie skonkludować, że tak przekształcony organ kontroli konstytucyjności prawa może się okazać w przyszłości jedynie listkiem figowym przykrywającym dodatkowo omnipotencję parlamentu, a de facto większości parlamentarnej lub – co gorsza – pozaparlamentarnego (tzw. centralnego) ośrodka decyzji politycznej. Takich zamiarów zdecydowanie nie było widać jeszcze w cytowanym wyżej projekcie konstytucji z 2010 r. w jego literalnym brzmieniu. Przyjęty tam model organizacji TK, poza paroma retuszami, pokrywał się w gruncie rzeczy z rozwiązaniami przyjętymi w aktualnie obowiązującej Konstytucji. Podobnie w programie PiS chodziło wręcz o zdecydowane odpolitycznienie składu TK. Wyrażano bowiem pogląd, że „na gruncie obowiązującej Konstytucji sprzeciwiamy się projektowi zmiany kryteriów i trybu wyłaniania kandydatów na sędziów TK, która ma preferować koneksje polityczne oraz poddawać proces wyłaniania kandydatów partykularnym wpływom zamkniętych środowisk prawniczych. Będziemy proponować przeciwny kierunek zmian, realizujący zasadę demokratycznego zgłaszania kandydatów i elementy konkursu w ich ocenie przez Sejm”[6].
 

W sensie filozoficznoprawnym można by poszukiwać jakiegoś głębszego uzasadnienia dla tak pojętej walki z „imposybilizmem prawnym”, które wykracza poza polityczny instrumentalizm i populistyczne slogany. Na pierwszy rzut pasowałby do tego amerykański pragmatyzm i realizm prawniczy, ale są to tylko pozory. W rzeczywistości ten kierunek koncentrował się bowiem przede wszystkim na sądowym stosowaniu prawa, a nie na jego tworzeniu i zmianie, a więc nie na tym, o czym myślą w tym kontekście politycy PiS. Nawet amerykańscy pragmatycy (realiści) otwieraliby szeroko oczy ze zdziwienia, co można rozumieć pod pojęciami „chcieć” i „umieć” w wydaniu PiS. Programowy antyformalizm głównych przedstawicieli tego kierunku filozoficzno-prawnego nie ma bowiem nic wspólnego z antyformalizmem prawnych i pozaprawnych faktycznych działań polityków tej partii. Poza tym mam poważne obawy, graniczące z pewnością, że część polityków PiS nie ma bladego pojęcia o tym, czym jest w swojej istocie anglosaski pragmatyzm/realizm prawniczy.
 

W retoryce komentatorów poszukujących źródeł ideowych inspiracji doraźnych pomysłów polityków PiS pojawia się też czasami decyzjonizm C. Schmitta. Przy bliższym oglądzie może się jednak okazać, że jego teologia polityczna jest znacznie bardziej wysublimowana i nie do końca pasuje do prostoty, by nie powiedzieć – prymitywizmu – hasła „walczmy z imposybilizmem prawnym”. Moja interpretacja prawniczych koncepcji C. Schmitta znacznie odbiega jednak od standardowych poglądów na ten temat. Według mnie dla C. Schmitta ustrojodawcza decyzja suwerena była przejętym od T. Hobbesa momentem początkowym, punktem wyjścia, momentem startowym. Później naturalnym otoczeniem prawa stawała się normalność. Tymczasem politycy PiS próbują nas wprowadzić w stan permanentnej nienormalności, a jednocześnie nie mają wystarczająco dużo siły, pomysłu, odwagi i społecznego poparcia, by zdecydować się na bardziej radykalne „fiat” momentu początkowego w znaczeniu C. Schmitta. Ten temat wykracza jednak poza granice tego artykułu. Zainteresowanych czytelników zmuszony więc jestem odesłać do swojej analizy treści niewielkiej pracy C. Schmitta z 1934 r. (O trzech rodzajach myślenia w nauce prawa)[7].
 

Powstaje oczywiście pytanie, czy prawnicy do tej pory nie znali czegoś takiego jak „imposybilizm prawny”. Otóż nawet jeśli nie byli tak „twórczy” jak politycy PiS, i nawet jeśli nie posługiwali się wprost takim pojęciem, to nie znaczy, że było im całkowicie obce – tyle że rozumieli pod nim coś zupełnie odwrotnego. Już prawnicy rzymscy sformułowali m.in. zasadę obligatio impossibilium nulla est (zobowiązanie do świadczenia niemożliwego nie istnieje)[8]. W filozofii prawa podobną konstrukcją posłużył się później w amerykańskiej jurysprudencji L.L. Fuller w koncepcji o wewnętrznej moralności prawa. Jego zdaniem prawo nie może na nas nakładać obowiązków, którym nie jesteśmy w stanie sprostać. Zdaniem L.L. Fullera „prawa wymagające od nas tego, co niemożliwe, wydają się takim absurdem, iż jest się skłonnym sądzić, że nie mogą być dziełem zdrowego na umyśle prawodawcy. Nawet największy tyran nie miałby powodów do uchwalania takich praw. Praktyka przeczy niestety temu założeniu. Tego rodzaju prawa, właśnie dzięki swej absurdalności, służyć mogą temu, co Lilburne nazywa «bezprawną, nieograniczoną władzą»”[9].
 

Widać więc wyraźnie, że impossibilium nie ma dla prawników znaczenia pejoratywnego. Wręcz przeciwnie, jest czymś, co jest wpisane immanentnie w samą naturę prawa, a więc także w istotę działalności ustawodawcy. Prawo nie może wszystkiego, a ustawodawca nie jest omnipotentny, a zatem dokładnie odwrotnie niż w propozycjach PiS w jego walce z rzekomym i fałszywie pojętym „imposybilizmem prawnym”.
 

Zakwestionowanie idei omnipotencji ustawodawcy było głównym źródłem narodzin idei sądowej kontroli konstytucyjności prawa i uwzględniało np. negatywne doświadczenia Republiki Weimarskiej. Po II wojnie światowej zrozumiano, że w procesie tworzenia prawa ustawodawcy nie wszystko wolno ani w sensie formalnym i proceduralnym, ani w sensie materialnym i przedmiotowym. Dlatego właśnie zapisano to w wielu powojennych konstytucjach, czasami wprost, czasami w sposób dorozumiany. Ale to właśnie konstytucja i tryb jej zmiany stanowią barierę dla arbitralności wszystkich trzech władz – paradoksalnie tworzą więc rodzaj „imposybilizmu prawnego”[10], ale w kompletnie innym sensie niż to sobie wyobrażają w swoich anachronicznych koncepcjach politycy PiS. Walka PiS z TK jest więc także walką z naturą samego prawa, ale nie w sensie rzekomo krępującego formalizmu prawnego, lecz raczej w sensie tego wpisanego w proces tworzenia i zmiany prawa właściwie pojętego „imposybilizmu” formy i treści prawa. W tym znaczeniu pojęcie „imposybilizm prawny” w rozumieniu PiS ma charakter anachroniczny, ponieważ jest próbą zawrócenia koła historii i podważenia postępowego procesu kwestionowania idei omnipotencji ustawodawcy w sensie formy i treści prawa.
 

Ma jednak jeszcze jedną wadę. Jest różnie rozumiane w społecznym odbiorze. Moje rozważania przybrały pierwotnie postać felietonu opublikowanego na niezależnym dziennikarskim portalu internetowym „Studio Opinii”[11]. W dyskusji z internautami okazało się, że „imposybilizm prawny” wywołuje u nich różne skojarzenia, inne niż te, które omówiłem wyżej. Jedni byli np. skłonni łączyć to ze stanami nadzwyczajnego zagrożenia dla państwa, gdy prawo okazuje się środkiem niewystarczającym dla jego odparcia. Inni z kolei wskazywali fakt, że w Konstytucji brak jest mechanizmów zabezpieczających przed tym, co ostatecznie z TK uczyniła większość parlamentarna. Jeszcze inni widzieli w tej formule ukryte zagrożenie kompletnego abstrahowania od obowiązującego porządku prawnego, zwłaszcza przez organy władzy wykonawczej. Nawet jeśli uznać, że niektóre z tych reakcji są nieadekwatne do kontekstowego znaczenia pojęcia „imposybilizm prawny” w retoryce politycznej PiS bądź nawet mocno przesadzone w ocenie potencjalnych zagrożeń, to i tak dają do myślenia teoretykom i filozofom prawa.

Artykuł pochodzi z miesięcznika Państwo i Prawo 2017/3>> 

Przejdź do strony artykułu: « »
10.04.17
Zobacz wszystkie materiały pochodzące z: Państwo i Prawo
Średnia ocena artykułu (oddanych głosów: 0)

 
ZOBACZ TAKŻE

Zapisz się na newsletter
Polecamy w oficjalnej księgarni
Wolters Kluwer Profinfo.pl

zaastepstwo.pl
NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE